Skandynawia po mojemu
Radio SzczecinRadio Szczecin » Skandynawia po mojemu
Alexander Bard fot: Stockholm Pride (Wikimedia commons)
Alexander Bard fot: Stockholm Pride (Wikimedia commons)
Zauważyłem, że kiedy nieco mocniej zagrzeje słoneczko, to ma to niestety negatywny wpływ na polityków. Ich umiejętność składania obietnic bez pokrycia lub wypowiadania niepotrzebnych słów, teraz zdecydowanie, sięga zenitu. No ale to już chyba norma, zwłaszcza w czasie kampanii wyborczej.

W Szwecji, gdzie w tej chwili, nie odbywają się żadne wybory, a słońce przygrzało tam wcześniej i mocniej niż u nas, trwa gorąca debata publiczna, w której również chodzi o słowa. Dokładniej rzecz biorąc o wolność wypowiedzi, czyli o fundamentalne prawo każdego obywatela w państwie demokratycznym i praworządnym.

Okazuje się, że polityczna poprawność wydaje się tam ważniejsza niż podstawowe wolności obywatelskie gwarantowane przez ustawę zasadniczą. Jej ofiarą padł kilka dni temu ekscentryczny szwedzki muzyk, kiedyś członek zespołu Army of Lovers, a dziś wzięty publicysta Alexander Bard.

W sobotę zajął stanowisko w sprawie protestów przeciwko rasizmowi w Stanach Zjednoczonych. Bard napisał na swoim koncie na Twitterze, że "jeśli czarne życie, chce się liczyć to, powinno wziąć się w garść, zdobyć wykształcenie i pracę. Zarabiać uczciwie na życie, a nie liczyć na zasiłek. Powinno też przestać kłamać, wyjść z więzienia i zostać bohaterem swojego życia, zamiast kreować się na samozwańczą ofiarę, z której śmieje się świat. To się liczy."

Na muzyka wylała się fala hejtu. Od jego słów natychmiast odcinali się publicyści, celebryci, i rzecz jasna, postępowi politycy. Bard musiał zrezygnować z członkostwa w partii Liberałowie. Wiadomość o tym, że musi pożegnać się z rolą jurora w telewizyjnym talent-show, powtarzały przez cały dzień wszystkie najważniejsze redakcje szwedzkich mediów. Facet ma -co tu dużo mówić- przechlapane.

Problem ze swoim przekazem ma również pisarz i standuper Aron Flam. Parę miesięcy temu napisał świetną książkę na temat polityki neutralności Szwecji, podczas II Wojny Światowej. Opisał, w niej parę wstydliwych dla szwedzkich władz faktów i o tym, jak wiele ówcześni politycy, potrafili wycisnąć z nieformalnej współpracy Szwecji z Nazistowskimi Niemcami.

Flam poinformował niedawno na Twitterze, że policja skonfiskowała pozostały w magazynie nakład jego książki. Powodem zaboru książek, miało być naruszenie przez Flama praw autorskich do grafiki umieszczonej na okładce jego dzieła. Chodzi o używany przez szwedzką propagandę w latach 40. nieco zmodyfikowany przez autora książki obrazek tygrysa z niebieskimi pręgami. Miał zachęcać społeczeństwo do unikania rozmów na tematy, które mogły zagrażać bezpieczeństwu kraju.

Po 80 latach okazuje się, że widniejące na nim hasło "En svensk tiger", które oprócz "szwedzki tygrys", oznacza również "Szwed milczy" ponownie jest aktualne.
Bijatyki z policją na ulicach szwedzkich miast, w dodatku na tle rasowym, mogą Polaków szokować. No bo jak to, w Szwecji? W kraju, który w różnego typu rankingach dotyczących równości i braku dyskryminacji, od wielu lat zajmuje jedną z najwyższych pozycji, zamieszki na tle rasowym, wydają się czymś niedorzecznym.

Niemniej burdy na ulicach Sztokholmu i Göteborga, sprokurowane przez tzw. lewicowe środowiska autonomiczne, nie były wcale antyrasistowskie, wręcz odwrotnie, były skierowane przeciwko społeczeństwu białych Szwedów.

Większość biorących udział w demonstracjach to imigranci, którzy wyglądem różnili się od rdzennych mieszkańców Szwecji i rzecz jasna od większości policjantów, którzy nielegalne protesty, z uwagi na ryzyko epidemiologiczne, próbowali rozwiązywać. Ich organizatorzy doskonale wiedzą, że znakomita większość imigrantów, z wielu powodów (w tym tych rasowych), gardzi Szwedami. Nie trudno było przewidzieć jak, zareagują mieszkańcy tzw. stref no-go, na policyjne kordony przy rozlegających się okrzykach „Nie chcemy faszystów na naszych ulicach" piskliwie wznoszonych przez nastoletnie Szwedki.

Aż dziw bierze, że nigdy dotąd nie zorganizowano w Szwecji, protestów przeciwko rodzimym sprawcom brutalnych gwałtów, biciu i poniżaniu słabszych czy starców. Czy też przeciwko masowej eutanazji pensjonariuszy domów opieki chorych na CPVID-19. No ale, jak to powiedziała jedna panienka uczestnicząca w demonstracji w Göteborgu: „Mam to gdzieś, że ktoś umiera z powodu koronawirusa, tam przecież zabito człowieka z powodu koloru skóry". Niestety większość szwedzkiej młodzieży, mówiąc ich językiem „łyka", całą tę papkę podkręconą wypowiedziami gwiazdeczek o wszechobecnym rasizmie, z którym trzeba walczyć, bo inaczej w naszym kraju pojawi się ktoś w rodzaju Tumpa.

Bo o tym, że to lewica czerpie garściami zyski z tych protestów, mówić w Szwecji nie wypada. Felietonista poczytnego i opiniotwórczego dziennika Sydsvenskan Mats Skogskär został przez swoją redakcję usunięty z tego stanowiska po tym, co, napisał na Twiterze, „Widząc, jak [szwedzka] lewica podnieca się, kiedy podczas zamieszek w USA plądrowane są sklepy i dochodzi do aktów przemocy, to łatwiej jest mi zrozumieć jej dążenie do stworzenia podobnych warunków tutaj, aby na bazie imigracji, powstała upośledzona klasa niższa".
źródło: pixabay.com
źródło: pixabay.com
Kto jak kto, ale Szwedzi w cuda nie wierzą. Tymczasem główny epidemiolog kraju Anders Tegnell po raz pierwszy publicznie przyznał, że na początku pandemii Szwecja mogła podjąć szereg działań, aby zahamować rozprzestrzenianie się koronawirusa.

Ta wypowiedź to jednak nie cud, a sygnał, że symbol szwedzkiego szowinizmu ostatnich miesięcy zostanie poświęcony, aby rządzący mogli zachować twarz. Ale po kolei ...


Jak wiadomo, Tegnell na początku potraktował wirus SARS-CoV-2 jak zwykłą grypę i z błogosławieństwem rządu, robił to, co wydawało mu się racjonalne. Rozwiązanie, które wybrał, miało wzmocnić gospodarczą pozycję Szwecji w czasie kryzysu, kosztem utraty życia przez najmniej odpornych na infekcje osób. Tegnell nie wiedział wtedy, że ta „grypa", okaże się o wiele bardziej zabójcza w skutkach

. Rekomendacje Urzędu Zdrowia Publicznego takie jak częste mycie rąk, trzymanie dystansu społecznego czy prośby o pozostanie w domach osób w podeszłym wieku i tych, którzy mają objawy zakażenia, wprowadziły Szwecję na czołówkę krajów z najwyższą śmiertelnością na COVID-19 na świeice.

- Mając dzisiejszą wiedzę na temat tej choroby, jestem przekonany, że wprowadzilibyśmy mniej więcej połowę tych restrykcji, które na początku walki z pandemią wprowadziły inne kraje, mówił w szwedzkim radiu, Anders Tegnell.

Wypowiedź epidemiologa jest z pewnością podyktowana naciskiem ze strony rządu, który próbuje wypracować sobie wygodną pozycję, jeszcze zanim powstanie specjalna komisja, która ma zbadać przyjętą przez Tegnella „strategię" walki z pandemią.

Premier Löfven, przez ostatnie trzy miesiące stał w cieniu wydarzeń związanych z pandemią. W nielicznych wystapieniach zręcznie eksponował zaufanie do niezależnych ekspertów Urzędu Zdrowia Publicznego. Kiedy media ujawniły masową eutanazję zakażonych patogenem pensjonariuszy domów opieki, poparcie dla niego zaczęło gwałtownie spadać. Skandal odbił się głośnym echem również za granicą. Dlatego jasne jest, że Löfven potrzebuje swojego kozła ofiarnego, w którego rolę zaczyna dopasowywać się Anders Tegnell.

Jestem przekonany, że nawet jeśli Tegnell zostanie rzucony opinii publicznej na pożarcie, to rządzący Szwecją socjaldemokraci oraz partie wspierające ich rząd w parlamencie, wyjdą z tego kryzysu obronną ręką. Löfven już wcześniej dawał dowody na to, że aby utrzymać władzę, gotowy jest zrobić wszystko, a nawet i jeszcze więcej.


Któż bowiem dwa lata temu mógł sobie wyobrazić, że nie wygrywając wyborów, uda mu się rozbić blok opozycji, pozyskać poparcie jej części i powtórnie zostać premierem?

Dodatkowym atutem na utrzymanie politycznego status quo jest naturalna niechęć Szwedów do rozwiązywania swoich wstydliwych problemów. Tym bardziej wtedy, gdy może to osłabić pozycję Szwecji na arenie międzynarodowej.
źródło: pixabay.com
źródło: pixabay.com

Szwedzi wciąż nie mogą otrząsnąć się z szoku ..., nie chodzi tu jednak o to co wydarzyło się w szwedzkich domach opieki. W gruncie rzeczy przedwczesna śmierć wielu ich pensjonariuszy, o przecież problem rządu i biurokratów. Szwedów najbardziej przeraża to, że już nie tylko Finlandia, Norwegia i Dania nie zamierza otwierać dla nich swoich granic.


Na wieść o tym, że również władze Cypru zapowiedziały, że zrezygnują z turystów ze Szwecji, Szwedzi poczuli się mobbingowani. Obawiają się, że również w innych popularnych krajach turystycznych, ostentacyjne wymachiwanie paszportem z napisem "Sverige" będzie tego lata niemożliwe. Utopijna wizja nabycia przez wysportowane społeczeństwo odporności stadnej na koronawirusa może skutkować tym, że Szwedzi tego lata, będą musieli zadowolić się odpoczynkiem w kraju. Są też dobre tego strony, dzięki temu nie będą musieli za granicą tłumaczyć się z podejścia swoich władz do pandemii koronawirusa, które budzi, większe kontrowersje na świecie niż w Szwecji.


Tamtejsze władze, odmawiając leczenia pensjonariuszom domów opieki, chorych na COVID-19 pogwałciły tym samym m.in. Europejską Konwencję Praw Człowieka. Czy zatem instytucje Unii Europejskiej, tak przecież wrażliwe na łamanie prawa przez rządy innych krajów, nie powinny zająć stanowiska w tej sprawie?

- Szwecja była skazywana przez Europejski Trybunał Sprawiedliwości za łamanie praw człowieka już ponad 60 razy. Rząd Szwecji często występuje jako obrońca tych praw, kiedy są one łamane w innych krajach, dlatego uważam, że jest nadzwyczaj dziwne, dlaczego właśnie, te prawa nie są przestrzegane również w naszym kraju?, powiedziała Szwedka Katinka Svenberg, dr prawa międzynarodowego z Uniwersytetu w Melbourne.


Natychmiast po tych słowach, pojawiły się opinie części prawników, którzy argumentowali, że władzom co prawda nie udało się uratować życia wielu seniorom, ale przecież podjęto działania, które w dużej mierze zapobiegły utracie przez większość społeczeństwa pracy czy dochodów. Niestety, podobny nihilizm moralny charakteryzował ponad 70 lat temu oskarżonych w procesie Norymberskim. Ich mowy obronne brzmiały mniej więcej tak; „Nie wiedzieliśmy, że dzieją się takie straszne rzeczy, byliśmy pewni, że służymy dobrej sprawie”.

Lekarz psychiatra Sigmund Soback napisał niedawno w dzienniku DagensNyheter, że Szwedów ogarnął „syndrom grupowego myślenia”. To termin psychologii społecznej, oznaczający uleganie ograniczającej sugestii i naciskowi grupy, której jest się członkiem. Myślenie grupowe prowadzi m.in. do zupełnej utraty poczucia rzeczywistości, przeceniania własnej siły i możliwości działania. Oznacza również izolację grupy od reszty i zamknięcie się we własnym świecie.


Syndrom myślenia grupowego nie jest jednostką chorobową, dlatego istnieje szansa, że "szwedzki model" zostanie poddany ekspertyzie prawnej.

fot: Przemysław Gołyński
fot: Przemysław Gołyński
W marcu i kwietniu, czyli w najcięższych miesiącach kryzysu związanego z pandemią koronawirusa bogata Szwecja była jednym z niewielu krajów Unii Europejskiej, który nie zdecydował się udzielić żadnej pomocy innemu krajowi w ramach wspólnoty.

Nawet biedniejsze kraju takie jak Rumunia, Bułgaria czy Polska nie pozostały obojętne i przekazywały pomoc społeczeństwom bardziej dotkniętym przez niebezpiecznego wirusa.

Szwedzkie media w tym czasie, z charakterystycznym dla siebie oburzeniem, piętnowały rządy krajów, które w dobie zagrożenia epidemiologicznego, zdecydowały o zakazie eksportu produkowanych u siebie, środków dezynfekujących czy ochrony osobistej. Podnosił się lament, że to niedopuszczalne i karygodne. Zwłaszcza wtedy gdy chodziło o firmy szwedzkie, które produkowały ten sprzęt np. we Francji.

Uczciwie trzeba jednak przyznać, że wtedy gdy Szwedzi zorientowali się już, że raczej nie chodzi tu o zwykłą sezonową grypę, a magazyny świecą pustkami i nie ma w nich maseczek ochronnych, wystarczającej ilości lekarstw, ani rękawiczek, a także fartuchów ochronnych, to jak przystało na Mocarstwo Humanitarne, zdecydowali się pomóc ... Afryce.

Na początku kwietnia szwedzka agencja pomocy dla krajów rozwijających się SIDA, przekazała organizacji DKT International, ponad dwa miliony dolarów na zakup dla krajów Afryki wschodniej i południowej, środków antykoncepcyjnych i sprzętu aborcyjnego. Dzięki tej jakże szlachetnej akcji, SIDA zagwarantowała sobie moim zdaniem w przyszłym roku, nominację do pokojowego Nobla .

O tym, jak ważne dla szwedzkiego establishmentu są kwestie związane z aborcją, niech świadczy apel tamtejszych feministek, opublikowany przez dziennik Expressen 7 maja. Jego autorki wspominają czasy Gomułki i wczesnego Gierka, kiedy PRL-owskie władze zarabiały twardą walutę na Szwedkach, dokonujących w Polsce aborcji, bo do 1975 roku była w Szwecji zakazana. Teraz chcą, aby szwedzkie społeczeństwo pokrywało koszty przeprowadzenia aborcji w Szwecji dla uwaga tu cytat: „ ... każdego Polaka z macicą"

Jednocześnie w tym kraju na COVID-19 umiera codziennie kilkadziesiąt osób. Głównie starszych, samotnych i schorowanych. Według władz, ich życia nie opłaca się ratować. Dla tych zakażonych koronawirusem po 70 roku życia nie ma miejsca na szpitalnych OIOMACH.

- Gdyby otrzymali tlen, mieliby szansę na przeżycie. Osobiście szacuję, że przy zastosowaniu terapii tlenowej, można by uratować około 20 tysięcy osób, powiedział Radiu Szczecin, Jon Tallinger - szwedzki lekarz, który ujawnił, że seniorom z problemami z oddychaniem, zamiast tlenu podawana jest morfina, która hamuje oddychanie.

Lekarz za pomocą mediów, w tym tych społecznościowych, stara się nagłośnić na świecie masową eutanazję, jaka jego zdaniem, ma obecnie miejsce w domach opieki w Szwecji. Większość jego rodaków uznała go za wroga państwa, a tamtejsze służby specjalne, śledzą jego każdy ruch w sieci.

Pandemia koronawirusa, choć wciąż jeszcze zbiera swoje żniwo, już zdołała obnażyć prawdziwe oblicze Mocarstwa Humanitarnego, za jakie Szwecja wciąż chce uchodzić.
Sam&Jack (archiwum prywatne)
Sam&Jack (archiwum prywatne)
Każdego roku pracownicy szwedzkiej opieki społecznej wydają ponad 30 tysięcy decyzji o odebraniu rodzicom dziecka i umieszczeniu go w rodzinie zastępczej.

Powody bywają różne. Czasami rodzice faktycznie są niezdolni zapewnić dziecku odpowiednich warunków do jego normalnego rozwoju. Zdarzają się rodzice narkomani lub alkoholicy. Niekiedy w domu obecna jest przemoc, której ofiarami są niestety dzieci.

Jednak wiele razy, do podjęcia przez pracownika opieki społecznej decyzji o pozbawieniu nieletniego jego naturalnego środowiska, wystarczy donos sąsiada np. o krzykach usłyszanych podczas zabawy rodziców ze swoimi pociechami lub przesłana urzędnikom uwaga nauczyciela o „anemicznym" wyglądzie ucznia.

To wystarczy, aby pracownik socjalny zareagował, bo to właśnie od niego zależy jak będzie wyglądała przyszłość nieletniego i czy uda się go wychować na porządnego obywatela - podatnika, od którego pośrednio zależy również przyszłość urzędnika.

Należy przy tym pamiętać, że w Szwecji podstawową komórką społeczna nie jest rodzina, a jednostka. Dlatego to właśnie państwo pełni rolę opiekuna i gwaranta jej niezależności od wszystkiego, co może przyczynić się do niewypełnienia przez nią podstawowego obowiązku wobec państwa, czyli po osiągnięciu pełnoletności uzyskania jak najszybciej możliwości samodzielnego utrzymania. W skrócie; płacenia podatków.

Każdy mieszkaniec Szwecji wie, że słowo urzędnika waży więcej niż jego. To przecież urzędnik jest funkcjonariuszem państwa, czyli dobra nadrzędnego, chroni go zatem jego majestat. Podświadomie każdy czuje go od pierwszego kontaktu z jego funkcjonariuszami. Dlatego tak często szwedzkie władze powołują się na zaufanie obywateli do instytucji państwa. To nic dziwnego, bowiem już w przedszkolu autorytet rodziców ulega stopniowej erozji i zastępuje się go autorytetem państwa.

Problem powstaje, gdy rodzic czuje do swojego dziecka o wiele silniejsze więzy niż do państwa. Z tego właśnie powodu Sam postanowił decydować o losie swojego syna. Kiedy państwo postanowiło odebrać mu dziecko i przekazało je rodzinie zastępczej początkowo pogodził się z tą decyzją. Jednak kiedy chory na padaczkę 11-letni dziś Jack poskarżył mu się na to, że dzieje się tam mu krzywda, Sam podjął walkę z systemem.

„Nie zgadzałem się początkowo na przeniesienie syna z powodu jego choroby do klasy specjalnej. Później, kiedy w szkole, ktoś zauważył, że któregoś razu pociągnąłem mocniej Jacka za ramię, wystarczył donos i opieka społeczna zdecydowała, że choć jestem ojcem to dla Jacka niej jestem odpowiednim dla niego opiekunem i umieściła syna w rodzinie zastępczej. Kiedy Jack do mnie zadzwonił i opowiedział, że jest tam poniewierany i stosuje się wobec niego przemoc, zawiadomiłem o tym fakcie policję. Sprawę, próbowano wielokrotnie zatuszować, dlatego postanowiłem, że razem z synem wyjedziemy do Polski. W Szwecji dzieci należą do państwa, tu stawia się na rodzinę. Jestem niezwykle wdzięczny polskim władzom za okazaną nam pomoc, za wyrazy wsparcia od wielu życzliwych nam osób i za możliwość osiedlenia się w Polsce. Już niebawem skieruję przeciwko Szwecji pozew do Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. Uważam, że Szwecja naruszyła moje prawa rodzicielskie i pogwałciła Konwencję Praw Dziecka", powiedział Radiu Szczecin Sam, który teraz stara się o azyl w naszym kraju.

Po tym, jak sąd w Gdańsku kilka dni temu odrzucił wniosek władz szwedzkich o wydanie im nieletniego Jacka, znowu mogą być razem. Jak rodzina, w Polsce.
źródło: pixabay.com
źródło: pixabay.com
Z ostatniego sondażu IPSOS dla dziennika Dagens Nyheter wynika, że prawie 70 procent mieszkańców Szwecji darzy zaufaniem zarówno tamtejszy Urząd Zdrowia Publicznego, jak i głównego epidemiologa kraju. Sondaż jest kolejnym dowodem na panujący w tym kraju społeczny konformizm i nie powinien nikogo dziwić.

Anders Tegnell od ponad dwóch miesięcy, podczas konferencji prasowych, powtarza jak mantrę:

- Przypominam o naszych rekomendacjach; przy najmniejszych objawach choroby zostań w domu. Chroń starsze osoby. Unikaj z nimi kontaktu i przestrzegaj zasad higieny osobistej.

Urząd Zdrowia Publicznego na swojej stronie internetowej zaleca, aby każdy po ustąpieniu symptomów przypominających grypę, został jeszcze dwa dni w domu. Później taka osoba uważana jest za zdrową i niezarażającą innych.

To wbrew rekomendacjom Światowej Organizacji Zdrowia, która twierdzi, że taka osoba powinna przybywać w izolacji jeszcze przez dwa tygodnie lub przejść dwa testy na obecność koronawirusa.

W szwedzkich mediach wiele razy pojawiały się informacje o tym, że osoby starsze, które hospitalizowano z podejrzeniem COVID-19, po tym, jak wyzdrowiały były ze szpitali wypisywane i odsyłane do domów opieki bez przeprowadzenia testów na obecność patogenu w organizmie. Część lekarzy dopatruje się w tym głównej przyczyny tak wielu zakażeń mających miejsce w domach opieki.

Urząd Zdrowia Publicznego wychodzi z założenia, że osoby bezobjawowe, nie zarażają innych i mogą pracować tak jak do tej pory. Niedawno okazało się, że co piąty zatrudniony jednego ze szpitali w regionie Sztokholmu był nosicielem patogenu. Również wśród pracowników stołecznych domów opieki stwierdzono koronawirusa u 15 procent zatrudnionych.

W Szwecji przeprowadza się obecnie ok. 24 tysięcy testów w kierunku koronawirusa. Jak na kraj w którym na milion mieszkańców z powodu COVID-19 zmarło 280 osób to zdecydowanie mało.

Władze sanitarne nie widzą również potrzeby używania masek ochronnych w miejscach publicznych. Eksperci Urzędu Zdrowia Publicznego, są zdania, że zasłanianie usta i nosa nie przyczynia się do zahamowania epidemii koronawirusa.

Sześciu szwedzkich naukowców-wirusologów opublikowało na łamach Dagens Nyheter list otwarty, w którym apelują do kierownictwa Urzędu Zdrowia Publicznego, aby ten zrewidował swoje poglądy w tej kwestii.

Obawiam się, że apel zostanie zignorowany tak jak wcześniejsze. Przyznanie się do błędu byłoby przecież wodą na młyn dla Trumpa i stawiało szwedzkie władze w nie tak dobrym świetle, do jakiego przywykły. Najważniejsza jest przecież marka.

Jeżeli brak zdecydowanych działań po to, by powstrzymać rozprzestrzenianie się epidemii koronawirusa, można znać za strategię, to Szwecja z pewnością taką posiada i ją realizuje.

Dane dotyczące liczby nowych zachorowań jak i zgonów świadczą, że jest zupełnie nieefektywna lub jak twierdzą jej zagorzali przeciwnicy, wręcz zbrodnicza.

Anders Tegnell, źródło: folkhalsomyndigheten.se
Anders Tegnell, źródło: folkhalsomyndigheten.se
64-letni Anders Tegnell, jest doktorem nauk medycznych i specjalistą chorób zakaźnych. Od 2013 roku sprawuje funkcję głównego epidemiologa Szwecji, uważany jest przez wiele osób za architekta szwedzkiego modelu walki z pandemią korona wirusa.

W połowie lat 90. Tegnell z dwójką innych lekarzy wyjechał do ówczesnego Zairu, aby pomóc w zwalczaniu epidemii wirusa ebola. Wtedy Światowa Organizacja Zdrowia była przeciwna wysłaniu do Afryki trójki młodych niedoświadczonych szwedzkich lekarzy. Sami Szwedzi, bali się, że medycy przywiozą ze sobą zarazę do kraju.

Pierwsze co Tegnell zrobił w Zairze, było zamówienie ze Szwecji 200 rowerów. Dzięki dwuśladom miejscowi studenci medycyny mogli szybko dotrzeć do małych wiosek i uczyć ich mieszkańców jak skutecznie zapobiegać rozprzestrzenianiu się wirusa ebola. Nie wiadomo jak skuteczne okazały się te działania, ale z pewnością można określić je jako pożyteczne i niekonwencjonalne.

W 2009 roku Anders Tegnell już jako szef szwedzkiej Agencji Epidemiologicznej, podjął decyzję o masowym szczepieniu mieszkańców Szwecji przeciwko wirusowi świńskiej grypy. Niestety szczepionka wywołała u ponad 400 nieletnich narkolepsję, zaburzenie, z którym muszą żyć do końca swoich dni.

Teraz uznawany jest za architekta szwedzkiego modelu walki z pandemią.

- Wirus nie wygląda groźniej od tych, które poznaliśmy na przestrzeni ostatnich kilku lat, mówił 24 stycznia pewny siebie Tegnell w szwedzkiej telewizji, po tym, jak epidemię koronawirusa potwierdzono w Chinach. Tydzień później odnotowano pierwszy przypadek zakażenia patogenem w Szwecji.

Na przełomie stycznia i lutego wielu Szwedów wyjechało na narty do popularnych miejscowości wypoczynkowych w północnych Włoszech. Anders Tegnell uspokajał wtedy w mediach, że koronowirus w tych rejonach nie występuje. Na początku marca, kiedy Włochy zamknęły granice i wprowadziły restrykcje, szwedzki epidemiolog twierdził, że patogen nie rozprzestrzenia się na terenie Szwecji i że zainfekowanymi są wyłącznie osoby powracający z zagranicy.

Kilka tygodni później szwedzki rząd zamknął na wniosek Urzędu Zdrowia Publicznego szkoły średnie oraz wyższe i wprowadził zakaz zgromadzeń powyżej 500 osób. Poza tym służby sanitarne zarekomendowały mycie rąk i zaleciło unikanie bliskich kontaktów z osobami starszymi. Te rekomendacje Tegnell uważa za najważniejsze, co podkreśla przy każdej możliwej okazji. Od tamtej pory zaostrzono tylko przepis dotyczący zgromadzeń. W tej chwili dozwolone jest przebywanie w grupach do 50 osób. Po za tym nie wprowadzono dodatkowych obostrzeń.

Według Andersa Tegnella jego taktyka zahamowania epidemii polega na ochronie osób najbardziej narażonych na zachorowanie na COVID-19 jednak nie przynosi ona zamierzonego efektu. Wśród ofiar śmiertelnych korona wirusa najwięcej jest osób starszych, zwłaszcza pensjonariuszy domów opieki. Również zalecenia dotyczące zachowania dystansu społecznego wydają się być ignorowane, zwłaszcza przez młodych Szwedów, którzy wychowani są w duchu wszechmogące państwa. Wierzą, że w kraju nic złego nie może im się przytrafić.

Tegnell ubolewa nad tym, ale wciąż wierzy, że choć nie ma na to żadnych naukowych dowodów, to przyjęta przez niego strategia jest słuszna. Epidemiolog jest często krytykowany głównie za granicą. W kraju głos nieprzychylnych mu naukowców jest zakrzykiwany przez mainstreamowe media, które kreują go na bohatera narodowego i zapraszają do najbardziej popularnych telewizyjnych talk-show.

Wyzwala to wśród Szwedów ukrywany do tej pory pod polityczno-poprawnym płaszczykiem, niespotykany od dawna, narodowy szowinizm. Uparty naukowiec budzi wśród przekwitłych kobiet zachwyt nie tylko swoistą niezłomnością, ale i fizjonomią. Fan Klub Tegnella na FB liczy prawie 30 tysięcy członków. Na jego cześć powstają piosenki i pamflety. Kilka dni temu jeden z jego wyznawców, pochwalił się w mediach świeżutkim tatuażem z jego podobizną.

Tegnell jest dla Szwedów uosobieniem mitu o „wolnym kmieciu”, którego wymyślił w pierwszej połowie XIX wieku, ku pokrzepieniu serc mieszkańców Północy, szwedzki poeta Erik Gustaw Geijer. „Wolny kmieć” symbolizuje cechy charakteru Szwedów, które Ci uważają u siebie za najszlachetniejsze. Ich fundamentem jest przeświadczenie o wolność jednostki do decydowania o swoim losie wbrew wszystkiemu i wszystkim.
Möllevångstorget, Malmö fot. Przemysław Gołyński (Radio Szczecin)
Möllevångstorget, Malmö fot. Przemysław Gołyński (Radio Szczecin)
Domowa kwarantanna oraz unikanie kontaktu z ludźmi wydają się najbardziej skutecznymi sposobami na powstrzymanie pandemii koronawirusa. Świadczą o tym ostatnie dane dotyczące zachorowań na COVID-19 z Danii, Austrii czy Norwegii. Te kraje kilka tygodni temu wprowadziły podobne, twarde restrykcje podobne do tych, które obowiązują dziś w Polsce i zdecydowały ostatnio o stopniowym zniesieniu części ograniczeń.

Tymczasem w Szwecji władze tego kraju wciąż twierdzą, że to sami Szwedzi powinni decydować o tym, jaki nałożyć na siebie rygor, aby uniknąć zakażenia patogenem, który przecież zabija z reguły tylko starców, jak to kilka dni temu powiedziała szwedzka profesor bakteriologii, Agnes Wold.

- Rząd ma rację, dając społeczeństwu wolną rękę w tej kwestii, mówiła w szwedzkiej telewizji starsza pani kąpiąca twarz w promieniach wiosennego słońca na ławce w Królewskim Ogrodzie Drzew w Sztokholmie.

- Jesteśmy naprawdę wdzięczni losowi, że możemy mieszkać właśnie w Szwecji. Na dłuższą metę, zakazy wychodzenia z domu nie mają sensu, stwierdziła inna mieszkanka szwedzkiej stolicy.

Tego samego dnia po południu służby sanitarne poinformowały o 114 nowych śmiertelnych ofiarach COVID-19, a rząd przekonał opozycję, aby dać mu więcej władzy, żeby mógł wprowadzać w przyśpieszonym trybie rozporządzenia. Wszystko wskazuje na to, że premier Szwecji Stefan Löfven zdaje sobie sprawę, że nie wystarczą już prośby i zalecenia.

Urząd Zdrowia Publicznego nadal utrzymuje, że aby powstrzymać pandemie, wystarczy odizolować najbardziej narażoną na infekcję grupe, czy ludzi starszych. Na stronach urzędu wciąż możemy przeczytać, że są małe szanse, na to, aby koronawirusa przenosili ludzie młodzi lub osoby bez objawów zachorowania na COVID-19

Niedawno okazało się, że połowa personelu medycznego jednego z oddziałów Uniwersyteckiego Szpitala w Jönköping, jest zakażona patogenem. Większość z nich w momencie testowania ich na obecność koronawirusa nie skarżyła się na żadne dolegliwości. Nie wiadomo jeszcze jak, doszło do ich infekcji, ale problemem, na jaki skarżą się pracownicy opieki medycznej, jest brak środków ochronnych.

Tymczasem w poniedziałek szwedzkie władze potwierdziły, że zrezygnowały ze wspólnego z Polską zakupu maseczek ochronnych z Chin. Przedstawicielka Głównego Zarządu Zdrowia i Opieki Społecznej stwierdziła, że sprzęt nie posiada europejskiego certyfikatu jakości i według szwedzkich norm nie może zostać dopuszczony do użytku. Dodała, że nie wie jakie przepisy obowiązują w Polsce, ale Szwecja musi trzymać się swoich. Dzień później po protestach personelu medycznego, ten sam urząd dopuścił używanie w Szwecji maseczek typu FFP2.

Od kilku miesięcy stosunki dyplomatyczne między Szwecją i Chinami są, łagodnie to ujmując, chłodne. Sztokholm być może dlatego nie chciał skorzystać z pomocy polskiego rządu w tej kwestii. Natomiast szwedzkie MSZ chętnie korzystało z akcji polskiego przewoźnika #LOTdo domu. Dzięki której około 300 obywateli Szwecji mogło powrócić do kraju. Szwedzkiemu rządowi nie udało się namówić do podobnej akcji kierownictwa Skandynawskich Linii Lotniczych SAS.
Konferencja premiera S. Löfvena
Konferencja premiera S. Löfvena
O tym, jak z pandemią koronavirusa, radzą sobie Szwedzi, interesuje dziś wielu z nas. Najbardziej jednak ludzi otumanionych idyllicznym obrazem Szwecji, który przez dekady, jest lansowany poza jej granicami. Kiedy szwedzki model jest dyskutowany, tu i ówdzie słychać pełne podziwu ochy i achy.

Szwedzi z dumą powtarzają nowo przybyłym, że „my tu w Szwecji, mamy swój sposób na rozwiązywanie problemów”. W tym stwierdzeniu wyczuwalne jest przeświadczenie, że szwedzkie rozwiązania są najlepsze z możliwych. Jeżeli masz inny pogląd na tę sprawę, powinieneś go jak najszybciej zrewidować, inaczej nie masz czego tu szukać, a rozmowa z Tobą będzie wtedy zbyteczna.

Również w przypadku tej nieszczęsnej pandemii Szwedzi postanowili pokazać światu, w jaki sposób powinno się ten problem rozwiązywać. Przez ponad dwa stulecia nie doświadczyli żadnych wojen, a największym kryzysem, z jakim musieli się zmagać to ten z lat 90. i dotyczył finansów, a nie pandemii wirusa. Szwedzki model, który ma powstrzymać COVID-19 nie jest jakimś wypracowanym przez lata i mającym naukowe podłoże modelem. Przypomina raczej rosyjską ruletkę.

Szwedzkie władze od 13 marca nie testują już ludzi z objawami zakażenia koronawirusem. Testuje się jedynie tych, którzy wymagają hospitalizacji oraz badaniom na obecność patogenu poddawany jest personel szpitalny, który może mieć z nimi lub miał kontakt. Wiele osób starszych, w tym moja znajoma ze Sztokholmu, która choruje na astmę, przebywa w domach z objawami COVID-19 i nie jest testowanych. Wspomniana tu znajoma ma jedynie kontakt telefoniczny z lekarzem rodzinnym. Od siedmiu dni czuje się fatalnie, ma kaszel, katar i duszności. Lekarz zalecił jej siedzenie w domu, picie wody i branie lekarstwa na przeziębienie.

Według szwedzkiego Urzędu Zdrowia Publicznego koronawirus nie jest groźny dla ludzi młodych. Z tego powodu uznano, że przedszkola i szkoły muszą pozostać otwarte a starsi powinni być izolowani. 27 marca w telewizyjnym talk-show Agnes Wold, lekarz profesor bakteriologii Uniwersytetu w Goteborgu powiedziała: „Ten patogen co prawda zabija ludzi, ale na szczęście z reguły są to ludzie starzy i w sumie powinniśmy być mu wdzięczni”.

Jeżeli ktoś myśli, że eugenika w Szwecji to przeszłość lub ten się grubo myli. Szwedzi wciąż wydają się przywiązani do teorii, że społeczeństwo musi oczyszczać się z elementu niepotrzebnego lub niezdolnego do współistnienia. Ylva Myrdal noblistka z 1982 roku, która w latach 30. opracowała pionierski system opieki państwa nad dziećmi oparty na żłobkach i przedszkolach. Pisała wtedy, że obowiązkiem państwa jest wyeliminować ze społeczeństwa kobiety zdemoralizowane, źle się prowadzące, lub niedorozwinięte i objąć opieką ich potomstwo. W tym duchu do dziś władze socjalne odbierają opiekę nad dziećmi rodzicom, którzy wg. nich nie wychowują potomstwa zgodnie z obowiązującymi normami.

Być może szwedzki eksperyment radzenia sobie z pandemią koronawirusa, poświęcający ludzi starych przyniesie założoną odporność stadną. Nawet jeśli tak się stanie, to jedno jest pewne, że obowiązujące do tej pory w Szwecji credo mówiące o tym, że „każdy człowiek jest wart tyle samo” stanie się dla wszystkich jedynie pustym sloganem, przypominającym o „szwedzkim modelu”.
1234567