Skandynawia po mojemu
Radio SzczecinRadio Szczecin » Skandynawia po mojemu
Anders Tegnell, źródło: folkhalsomyndigheten.se
Anders Tegnell, źródło: folkhalsomyndigheten.se
Zmęczenie na pokerowej twarzy głównego epidemiologa kraju Andersa Tegnella rzuca się ostatnio w oczy. Jednak cały czas jest on nadal dla przeważającej części Szwedów idolem, alfą i omegą i powodem do narodowej dumy.

Będzie tak, dopóki rząd nie przyzna się, że postawił na niewłaściwego konia. Wzruszenie ramionami to na razie jedyna reakcja, na jaką mogą się zdobyć władze po krytyce ze strony Finlandii, Danii czy Norwegii. Nie pomogą wnikliwe artykuły na łamach uznanych i opiniotwórczych brytyjskich czy amerykańskich dzienników.

Potępienie tzw. szwedzkiej strategii walki z koronawirusem na forum, na przykład ONZ lub Parlamentu Europejskiego, mogłoby zmienić stosunek rządu do Andersa Tegnella i jego luzackiego podejścia do pandemii. No ale wiadomo, Szwedzi to nie nasza opozycja. Nie będą za granicą mówić źle o swoim rządzie, choćby liczba ofiar covidu w Szwecji musiała być liczona w setkach tysięcy.

Tegnell odczuwa jednak oddech swoich mocodawców. Od dłuższego czasu próbuje sygnalizować, że SARS-CoV-2 to zagrożenie, które nie może zaszkodzić aktywnym zawodowo, dbającym o tężyznę fizyczną Szwedom. Główny epidemiolog kraju wielokrotnie dawał do zrozumienia, że gdyby nie imigranci, to rdzenna populacja nabyłaby szybko odporność stadną.

Latem podkreślał, że Szwecja musi być porównywana do takich krajów jak Wielka Brytania czy Belgia, które „również posiadają duże grupy imigrantów". Wiosną, kiedy szybko rosła liczba zgonów wśród pensjonariuszy domów opieki, wskazywał na brak przestrzegania zasad higieny przez personel. Wszyscy w Szwecji wiedzą, że pracują tam przeważnie imigranci, wśród nich wielu Polaków. Tegnell nie mówił wtedy o tym, że dzięki wytycznym Urzędu Zdrowia Publicznego, osobom tam pracującym nie pozwalano używać środków ochrony osobistej.

Trzeciego grudnia Tegnell był gościem publicznej telewizji. Na pytanie dziennikarza, dlaczego w Szwecji liczba ofiar koronawirusa jest o wiele wyższa niż w krajach sąsiednich, epidemiolog wskazał na dwa czynniki. Gęstość zaludnienia oraz imigrantów. „Norwegia i Finlandia to kraje słabo zaludnione, gdzie są małe skupiska imigrantów. W innych krajach to właśnie te grupy przyczyniły się w dużym stopniu do wzrostu infekcji. Dlatego też w tym wymiarze możemy się porównywać bardziej do krajów południa Europy".

Następnego dnia wypowieź eksperta podchwyciły niektóre komercyjne media, zarzucając Tegnellowi niefortunną argumentację. W jego obronę stanęła wówczas epidemiolożka Agnes Wold, ta sama, która wiosną wypowiedziała w telewizji znamienne słowa: „Koronawirus to paragon, ale na szczęście zabija tylko starych ludzi".

Po kilku dniach Tegnell przeprosił za swoje słowa.

Jednak postawa zarówno jego, jak i pani profesor Wold musi przemawiać do nawet tych, którzy wierzą, że rząd Szwecji, obrał swoją strategię walki z koronawirusem tylko po to, aby nie pogwałcić praw obywateli do życia w społeczeństwie otwartym.
Frerdrick Federley źródło: www.facebook.com/FFederley
Frerdrick Federley źródło: www.facebook.com/FFederley
Fredrick Federley, to nie byle jakiś tam trzeciorzędny eurodeputowany. Mowa o wiceprzewodniczącym partii Centrum, która cieszy się poparciem 8 procent Szwedów. Jest również zastępcą szefa trzeciego co do wielkości ugrupowania w Parlamencie Europejskim „Odnówmy Europę”, zrzeszającego progresywnych liberałów.

Urodzony w 1978 roku Federley swoją polityczną karierę rozpoczął w młodzieżówce agrarnej partii Centrum, takiego szwedzkiego odpowiednika polskiego PSL. W 2002 roku, kiedy został jej przewodniczącym, rozpoczął wraz z obecną szefową tej partii Annie Lööf udaną próbę jej przekształcenia w nowoczesną liberalną partię.

W 2006 roku Federley został wybrany posłem do Riskdagu. Swoją medialną popularność zdobył, cztery lata później, kiedy ogłosił się Ursulą af Drakbane, pierwszą Drag Queen szwedzkiego parlamentu.

Stał się wtedy dla wielu swoich rodaków uosobieniem systemu wartości, dla których niektórzy Szwedzi wolą w ogródku wywiesić tęczową flagę zamiast tej w narodowych barwach. Federley został pupilem kolorowych magazynów i plotkarskich portali. Dzięki czemu w 2014 roku łatwo zdobył mandat eurodeputowanego.

Tydzień temu polityk poinformował na Facebooku, że źle się czuje i musi odpocząć od polityki. Do końca stycznia będzie przebywał na zwolnieniu lekarskim. Federley napisał, że powodem jego złego samopoczucia są medialne doniesienia o tym, że od kilku miesięcy jego życiowym partnerem jest skazany za pedofilię 42-letni Szwed. Polityk przyznał, że są one prawdziwe i tym samym, że mieszka w domu ze zwyrodnialcem, skazanym między innymi za 22 brutalne gwałty na mających 6 i 9 lat córkach jego byłej konkubiny.

Jeszcze 27 czerwca europoseł protestował na Facebooku, przeciwko jeżdżącej po ulicach Warszawy ciężarówce z hasłem „Stop pedofilii” sugerującym związek z tzw. Lobby LGBT.

Pomimo skandalu, Fredrick Federley nie zrzekł się mandatu europosła ani nie zrezygnował z funkcji w partii Centrum. Wziął po prostu L4 do końca stycznia. Jego fani pocieszali go na Facebooku wpisami o tym, że miłość jest ślepa lub że również kobiety wiążą się często z przestępcami.

Media publiczne w Szwecji jeszcze do wczoraj nie podawały szczegółów powodu zawieszenia działalności przez Federley’a. To szczególnie znamienne, że to właśnie radio i telewizja, piętnujące do tej pory nawet najdrobniejsze przypadki niewłaściwych zachowań osób publicznych, postanowiły milczeć.

Te same publiczne media rok temu nie miały najmniejszych oporów, aby opisywać romans lokalnej polityk partii Socjaldemokratycznej Niny Burchardt z deputowanym prawicowej partii Szwedzkich Demokratów. Wielokrotnie podkreślano wtedy, słowami jej partyjnych kolegów, że zrobiła coś niegodnego.

Burchadt zmuszono ostatecznie do opuszczenia partii.
źródło: pixabay.com
źródło: pixabay.com
Kiedy rządy Polski i Węgier zagroziły, że zablokują budżet unijny ze względu na mechanizm praworządności, w Szwecji po raz kolejny pojawiły się w mediach głosy o potrzebie pozbycia się z Unii niewygodnych partnerów.

Premier Löfven parę dni temu stanowczo potwierdził, że Szwecja razem z 24 innymi krajami członkowskimi nie cofnie się ani o krok z wynegocjowanego wcześniej projektu unijnego budżetu oraz funduszu odbudowy.

Dlaczego Morawiecki i Orban, nie zgadzają się na wprowadzenie mechanizmu, dzięki któremu ktoś miałby według niejasnych kryteriów decydować czy w Polsce i na Węgrzech przestrzegana jest praworządność, o tym nikt nie chce Szwedom opowiedzieć. Chętnie za to pisze się, że w tych krajach panuje zamordyzm, ciemnota i wszechogarniająca korupcja. Zupełnie tak jakby w Europie Wschodniej czas się zatrzymał.

Dla dużej części społeczeństwa o mentalności teletubisiów wydaje się to zupełnie prawdopodobne. Dodajmy, że kiedy w Polsce rządziła inna opcja polityczna, przeciętny Svensson patrzył podobnie na sąsiadów po drugiej stronie Bałtyku. Teraz kiedy "polscy nacjonaliści" obsadzają z politycznego klucza sędziów i odmawiają kobietom prawa do aborcji na życzenie, jasne staje się, że Polacy powinni zapomnieć o budowie kolejnych kilometrów autostrad za nie swoje pieniądze. Grożenie wetem tratowane jest jak bezczelność ze strony buńczucznych Polaków.

Kiedy jednak unijne dyrektywy, zagrażają szwedzkiemu porządkowi prawnemu mowa, jest o niedopuszczalnej i daleko idącej ingerencji w kwestie niepowiązane z unijnymi traktatami. Jednym z takich przykładów jest przyjęcie pod koniec października przez Komisję Europejską projektu o płacy minimalnej.

- Jestem przeciwna próbie mieszania się Brukseli w proces ustalania wynagrodzeń. Ten obszar należy do kompetencji państw członkowskich, powiedziała szwedzka minister pracy, Eva Nordmark.

W Szwecji wysokość płac jest efektem umów zbiorowych między pracodawcami a związkami zawodowymi, bez udziału ze strony rządu. Te kształtują się na satysfakcjonującym obie strony poziomie. Ustalenie płacy minimalnej w Szwecji oznaczałoby zerwanie z tą tradycją sięgającą lat 30. XX wieku. Ostatecznie Szwecji obiecano, że nowa dyrektywa w tej kwestii nie będzie jej dotyczyła.

Warto przypomnieć, że projekt ten jest elementem Europejskiego filaru praw socjalnych podpisanego przez wszystkie państwa członkowskie podczas szczytu społecznego w Göteborgu 17 listopada 2017 r.
Centrum Sztokholmu źródło: twitter.com/EhandelPunktSe
Centrum Sztokholmu źródło: twitter.com/EhandelPunktSe
Latem, kiedy w Europie liczba przypadków zakażeń koronawirusem wyraźnie zmalała, w Szwecji ogłoszono, że druga fala pandemii oszczędzi ten kraj.

Anders Tegnell słynący z pewności siebie, główny epidemiolog kraju twierdził, że jesienią sąsiednia Norwegia, odnotuje kilkakrotnie więcej zachorowań ma COVID-19 od Szwecji.

Tegnell był przekonany o tym, że Norwegowie, Duńczycy, a także Finowie zmęczeni kwarantanną i częściowym lockdownem, będą zachowywali się mniej odpowiedzialnie i to spowoduje wzrost przypadków zakażeń.

Jednak w tych krajach, oprócz wprowadzenia wiosną szeregu ostrych restrykcji przetestowano zdecydowanie więcej osób niż w Szwecji. Dodatkowo udało się tam izolować większość zarażonych i tym samym zatrzymać łańcuch zakażeń. Coś, co w Szwecji funkcjonowało o wiele gorzej, o czym wielokrotnie przypominali krytycy Tegnella i Urzędu Zdrowia Publicznego.

- Interesujący będzie rozwój sytuacji w Szwecji jesienią. Wydaje mi się niestety, że będziemy mieli tu więcej zakażeń niż w innych krajach, mówił w czerwcu Björn Olsen, profesor chorób zakaźnych Uniwersytetu w Uppsali.

Po wakacjach, kiedy na kontynencie koronawirus, zaczął o sobie ponownie przypominać, Tegnell utwierdzał władze oraz społeczeństwo, w przekonaniu tym że wzrosty w Szwecji są marginalne i że nie powtórzy się sytuacja z wiosny.

Szwedzki rząd jeszcze w październiku poluzował rekomendacje dotyczące osób starszych i zezwolił na zwiększenie limitu publiczności z miejscami siedzącymi z 50 do 300. Tymczasem SARS-CoV-2 zaczął szybko się rozprzestrzeniać również w Szwecji.

1 listopada Anders Tegnell w wypowiedziach dla mediów potwierdził, że wzrost infekcji, jest większy niż się, spodziewano.

11 dni później odsetek zakażeń koronawirusem w Szwecji na milion mieszkańców przewyższył ten odnotowany w Stanach Zjednoczonych.

- Jeśli nie zrobimy nic więcej, aby powstrzymać tą epidemię, nasza rzeczywistość zamieni się w ciemność, mówił, wtedy premier Löfven informując społeczeństwo o wprowadzeniu zakazu sprzedaży alkoholu po godz. 22.

W ostatni poniedziałek rząd poinforował o zmniejszeniu limitu publicznych zgromadzeń z 50 do 8 osób. W ubiegłym tygodniu przybyło w Szwecji prawie 31 tysięcy zarażonych koronawirusem. W Danii prawie 7 i pół tysiąca, w Norwegii ponad 3 tysiące, a w Finlandii odnotowano niewiele ponad półtora tysiąca przypadków zakażeń.

Wielu lekarzy oraz ekspertów nie powiązanych z Urzędem Zdrowia Publicznego domaga się od szwedzkich władz wprowadzenia dalszych obostrzeń, w tym obowiązku zakrywania ust i nosa w miejscach publicznych.

Pomimo rekomendacji WHO Anders Tegnell wciąż utrzymuje, że nie ma dostatecznych dowodów na to, że maseczki ochronne zmniejszają ryzyko zakażenia się patogenem.

Większość mieszkańców dużych miast, bez jakichkolwiek zabezpieczeń wciąż tłoczy się w restauracjach, środkach komunikacji miejskiej czy w galeriach handlowych.
źródło:pixabay.com
źródło:pixabay.com
Droga do aborcji "na żądanie" była w Szwecji długa i kręta. Do 1938 roku tego rodzaju zabiegi były tam całkowicie zakazane.

Później była dopuszczana tylko w trzech przypadkach;: jeśli kobieta w trakcie ciąży była poważnie chora lub urodzenie dziecka zagrażało jej życiu, kiedy ciąża była efektem gwałtu oraz z powodu przesłanki rasowej. W tym przypadku chodziło ówczesnym władzom, aby utrzymać wysoki poziom "jakości genetycznej społeczeństwa" i uniemożliwić poród kobietom psychicznie chorym. Po dokonanej aborcji kobiety te były często poddawane przymusowej sterylizacji.

W 1946 roku ustawodawca umożliwił przeprowadzenie aborcji również ze względu na trudne warunki socjalne, a w 1963 wprowadzono tzw. przesłankę eugeniczną.

Na początku lat 60. na fali popularności eksponujących nagość i pozamałżeńską miłość, pierwszych filmów Ingmara Bergmana, w purytańskim społeczeństwie Szwecji coraz częściej pojawiały się postulaty domagające się liberalizacji prawa aborcyjnego. Wysuwali je przede wszystkim lewicowi publicyści oraz działacze młodzieżówki liberalnej Partii Ludowej oraz rządzącej partii socjaldemokratycznej.

Jednym z takich działaczy był Hans Nestius, który w 1964 roku rozpoczął organizowanie wyjazdów ciężarnych Szwedek do Polski w celu dokonania przez nie aborcji. Nestius twierdził, że numery telefonów do polskich lekarzy, którzy za 100 dolarów usuwali niechciane ciąże, przekazywał kobietom bezpłatnie. Z jego usług miało skorzystać około tysiąca kobiet.

Prokurator Krajowy oskarżył Nestiusa o pomoc w przeprowadzaniu nielegalnych aborcji. Jego mieszkanie poddano rewizji, podczas której starano się znaleźć adresy kobiet które przeprowadziły usunięcie płodu w Polsce. Sprawa przez wiele tygodni nie schodziła z czołówek największych szwedzkich dzienników.

Rząd postanowił wtedy o abolicji dla Nestiusa oraz jego klientek i zdecydował o powołaniu grupy roboczej, która otrzymała zadanie zbadania zasadności wprowadzenia w Szwecji aborcji na żądanie. Stalo się tak dziesięć lat później, czyli w 1974 roku.

Obecnie co czwarta ciąża w Szwecji kończy się aborcją. Z przeprowadzonego dziewięć lat temu sondażu przez Uniwersytet w Uppsali wynika, że 25 procent Szwedek jest niezadowolonych z poziomu opieki zdrowotnej oferowanej im po przeprowadzeniu aborcji.

Biorące udział w badaniu kobiety wskazywały, że personel medyczny przekazywał im informacje dotyczące zabiegu w sposób uproszczony, często pomijając jego negatywne skutki dla psychiki kobiet czy możliwość powikłań.
Wejście do kaplicy Polskiej Misji Katolickiej w Sztokholmie, źródło: Facebook
Wejście do kaplicy Polskiej Misji Katolickiej w Sztokholmie, źródło: Facebook
W Szwecji, gdzie rząd sam siebie nazywa najbardziej feministycznym na świecie, informacje dotyczące protestów kobiet w Polsce oczywiście trafiają do serwisów informacyjnych, ale nie są na ich czołówkach.

Relacje mediów zarówno komercyjnych czy publicznych, są jak na szwedzkie standardy raportowania o tym, co dzieje się w Polsce, dość wyważone. Powody wyjścia kobiet na ulicę, są Szwedom rzeczowo tłumaczone i w większości pozbawione emocjonalnych komentarzy.

W telewizyjnych programach informacyjnych dominują obrazy przedstawiające demonstrujące na ulicach polskich miast kobiety trzymające w rękach hasła wymierzone w partie rządzącą i Kościół Katolicki. Natomiast wulgarne okrzyki lub agresywne zachowanie części protestujących są w relacjach szwedzkich mediów całkowicie pomijane, lub ograniczają się jedynie do stwierdzenia, że "demonstranci wznoszą okrzyki przed kościołami lub w czasie nabożeństw".

Brak tego elementu w przekazie medialnym jest oczywisty.

W Szwecji żadna szanująca się siła społeczna czy polityczna nie odważyła się do tej pory wykorzystywać agresji do walki o swoje prawa lub przekonywać innych o słuszności swoich racji. Dlatego informowanie o agresywnym zachowaniu części uczestników protestów w Polsce uniemożliwiłoby solidaryzowanie się z nimi szwedzkiego establishmentu.

Ataki na świątynie różnych wyznań, to w Szwecji margines. Ich autorami są aktywiści skrajnych ugrupowań zarówno z prawa, jak i lewa, z którymi większość Szwedów nie chce być utożsamiana. Tak jak z tymi, którzy w niedziele oblepili naklejkami z piorunami, kaplicę Polskiej Misji Katolickiej w centrum szwedzkiej stolicy.

Członkowie szwedzkiego oddziału Partii Razem są współorganizatorami wieczorem wiecu pod Ambasadą Polski w Sztokholmie, którego hasłem jest "Solidarności z polskimi kobietami". Swój udział zapowiedziały również członkinie szwedzkiej partii Lewica oraz ugrupowania Feministyczna Inicjatywa.
Główny epidemilog kraju - Anders Tegnell źródło: źródło: creative commons.wikimedia.org/
Główny epidemilog kraju - Anders Tegnell źródło: źródło: creative commons.wikimedia.org/
Od wczoraj mieszkańców województwa Uppsala uprasza się o unikanie kontaktów z osobami niebędącymi współlokatorami. Odradza się uczestniczenia w prywatnych przyjęciach. Obostrzenia mówią również o tym, aby mieszkańcy regionu nie korzystali ze środków komunikacji publicznej. Władze namawiają pracodawców o umożliwienie zatrudnionym pracy zdalnej i o zgłaszaniu się do placówek ochrony zdrowia osób, u których pojawiły się symptomy choroby COVID-19.

Dobrowolne zalecenia będą obowiązywały mieszkańców przez co najmniej dwa następne tygodnie. Decyzję o wprowadzeniu zaostrzonych rekomendacji podjęto po tym, jak w regionie gwałtownie wzrosła liczba zakażeń i przybyło chorych wymagających hospitalizacji. Większość zakażonych to uczestnicy prywatnych imprez. W miejscowym szpitalu przebywa obecnie ponad 30 pacjentów, w tym ośmiu na oddziale intensywnej terapii.

- Wydaje się nam, że najlepszym sposobem radzenia sobie z epidemią jest ciągłe przestrzeganie prostych zaleceń dotyczących utrzymywania dystansu społecznego i higieny osobistej. Błędem jest wprowadzanie całkowitego lockdownu i później odpuszczanie restrykcji . W efekcie infekcja wraca w zwiększonej postaci, tak jak ma to obecnie miejsce w wielu krajach świata. Zaostrzamy zalecenia w Uppsali, bo tam sytuacja tego teraz wymaga. Możliwe, że podejmiemy podobne kroki w innych częściach kraju, mówił w szwedzkiej telewizji główny epidemiolog kraju, Anders Tegnell.

Również w kilku innych regionach Szwecji przybywa potwierdzonych przypadków zakażenia koronawirusem, ale nie powoduje to gwałtownego zwiększenia się liczby pacjentów na szpitalnych oddziałach. Szwedom udało się także zatrzymać ogniska epidemii w domach pomocy. Wiosną z powodu nieprzestrzegania norm sanitarnych oraz w wielu przypadków odmowy udzielania pomocy lekarskiej chorym na COVID-19 zmarło w Szwecji ponad dwa tysiące pensjonariuszy takich placówek..

Na razie jest za wcześnie aby móc stwierdzić, że w Szwecji udało się powstrzymać drugą falę pandemii koronawirusa. Tamtejszy Urząd Zdrowia Publicznego publikuje dane ze znacznym opóźnieniem. Poza tym w Szwecji dziennie przeprowadza się średnio tylko 18 tysięcy testów na obecność patogenu.

O tym, czy sytuacja w Szwecji będzie zupełnie odmienna od chociażby tej jaką mamy w Polsce, przekonamy się dopiero za około dwa tygodnie.
foto: Melker Dahlstrand/Sveriges riksdag
foto: Melker Dahlstrand/Sveriges riksdag
Grupa 11 deputowanych partii socjaldemokratycznej złożyła w komisji edukacji szwedzkiego parlamentu wniosek o zbadanie przez Riksdag możliwości wprowadzenia obligatoryjnego przedszkola dla dzieci już od drugiego roku życia.

Progresywni posłowie tak argumentują pomysł odebrania rodzicom prawa do wychowania dzieci.

" Droga do równego społeczeństwa zaczyna się w piaskownicy. W przedszkolu budowany jest fundament kształtowania się jednostki, który zapewnia dzieciom podstawy pedagogiczne, kontekst społeczny i kontakt z większą liczbą dorosłych, co jest niezbędne do ich rozwoju i nauki". Później jest jeszcze cudniej.

(...) Przedszkole to miejsce, gdzie dzieci mogą poznawać innych ludzi i wychodzić z destrukcyjnych relacji rodzinnych. Pracownicy placówki mogą być tymi, którzy w porę uruchamiają alarm, gdy widzą, że dzieci są zagrożone. Rozszerzenie opieki nad dziećmi prowadzi do bardziej równego społeczeństwa i umożliwia większej liczbie kobiet wejście na rynek pracy i zdobycie zabezpieczenia finansowego, niezbędnego do ich wyzwolenia".

Zwolennicy tego pomysłu kończąc uzasadnienie, piszą:
"Idea silnego państwa opiekuńczego opiera się na stworzeniu możliwości wyzwolenia się jednostki z klasy społecznej, płciowej oraz rodziny. Proces wyzwolenia powinien rozpocząć się już w wieku przedszkolnym".

Najwidoczniej posłom zależy do powrotu do polityki społecznej socjaldemokratów z lat 30. lansowanej przez jedną z architektów szwedzkiego modelu państwa opiekuńczego panią Alvę Myrdal. Laureatka pokojowej Nagrody Nobla z 1982 roku była również gorącą orędowniczką eliminowania z życia społecznego jednostek patologicznych, których problemy mogły być odziedziczane. Jednym z rozwiązań tego problemu był program przymusowej sterylizacji kobiet. Trwał do połowy lat 50. XX wielu.

Teraz niebezpieczny dla państwa element, w myśl wnioskodawców, nie będzie miał prawa dojrzeć. O tym, że tak postępowy pomysł znajdzie poparcie większości w parlamencie, jestem całkowicie przekonany.
Siedziba Szwedzkiego Radia w Sztokholmie źródło: creative commons.wikimedia.org/wiki
Siedziba Szwedzkiego Radia w Sztokholmie źródło: creative commons.wikimedia.org/wiki
Trzydziestu dziewięciu pracowników Szwedzkiego Radia, w liście otwartym do swoich przełożonych, zarzucili im tolerowanie w rozgłośniach publicznego nadawcy strukturalnego rasizmu.

Sygnatariusze protestu, którzy w większości są dziećmi imigrantów z Bliskiego Wschodu i Afryki lub sami stamtąd pochodzą twierdzą, że są inaczej traktowani od swoich redakcyjnych kolegów i trudniej jest im się przebić z pomysłami, które uwzględniają percepcje otaczającej ich rzeczywistości. Czują, że są dyskryminowani. Winią za to skostniałe struktury panujące w pionach kierowniczych, szwedzkiego nadawcy publicznego.

- Głównym problemem jest jednak to, że przekaz Szwedzkiego Radia nie odzwierciedla życia w Szwecji. Wielkim i ważnym, żyjącym w tym kraju diasporom nie poświęca się wiele uwagi. ich przedstawiciele nie są reprezentowani wśród pracowników radia, mówiła Palmira Koukkari Mbenga, jedna z inicjatorek protestu.

Autorzy listu, domagają się, aby zarząd instytucji, wypracował nowe dyrektywy dotyczące procesów rekrutacyjnych. Mają one zakładać docelowo zatrudnienie 25 procent pracowników o imigranckich korzeniach, a co najmniej 15 procent przyszłej załogi radia, ma mieć pozaeuropejskie pochodzenie.

Szwedzkie Radio po miesiącu od otrzymania listu opublikowało ich żądania. W odpowiedzi prezes Cilla Benkö zdecydowanie odrzuciła oskarżenia o rasizm. Twierdzi, że 25 procent pracowników radia to osoby urodzone poza Szwecją lub mające rodziców imigrantów. Publicznie przyznała, że w trakcie rekrutacji bierze się pod uwagę pochodzenie kandydata, jego miejsce zamieszkania i status społeczny. Kiedy prawnicy podpowiedzieli jej, że tym samym przyznała się do złamania prawa, wycofała swoją wypowiedź.

Afera publicznego nadawcy, która wywołała w Szwecji medialną burzę, pokazała tak naprawdę, że rewolucja pożarła własne dzieci. Jak pokazują ostatnie badania przeprowadzone niedawno przez jeden z norweskich ośrodków badawczych, 70 procent szwedzkich dziennikarzy głosuje na partie lewicowe. Tworzą oni hermetyczną grupę wchodzącą w skład klasy średniej.

Mieszkają w wygodnych apartamentowcach w modnych dzielnicach miast, z dala od trudnej codzienności swoich kolegów z przedmieść. Frazesy o równości w ich ustach, brzmią wprawdzie górnolotnie, jednak są tylko obowiązującą dziś nowomową sformatowanego jedynie słuszną ideologią środowiska ludzi, którzy przejmują się wyłącznie sami sobą.
Furta dziobowa promu Estonia / fot: Anneli Karlsson, źródło: https://digitaltmuseum.se/011014893527/m-s-estonias-bogvisir-placerat-pa-musko-orlogsbas-foremalsnummer-sm-2829
Furta dziobowa promu Estonia / fot: Anneli Karlsson, źródło: https://digitaltmuseum.se/011014893527/m-s-estonias-bogvisir-placerat-pa-musko-orlogsbas-foremalsnummer-sm-2829
Opublikowany w poniedziałek w Szwecji film dokumentalny na temat zatonięcia we wrześniu 1994 roku na Bałtyku, estońskiego promu Estonia, który pochłonął życie 852 osób, wywołał tam medialną burzę. Filmowcy ujawnili podwodne zdjęcia dziury w kadłubie statku, o której istnieniu nikt wcześnie nie słyszał lub też … nie mówił.

Oficjalna wersja przyjętego przez rządy Estonii, Finlandii oraz Szwecji, raportu specjalnej komisji badającej okoliczności katastrofy promu, mówi o oderwaniu się furty dziobowej w wyniku uderzeń fal podczas sztormu. Tymczasem przedstawione w filmie podwodne ujęcia kamery pokazują wyrwę w poszyciu kadłuba o wysokości 4 metrów.

- Jak to jest możliwe, że dzięki inicjatywie prywatnych osób, zespołowi dokumentalistów udaje się sfilmować tę dziurę, o której w oficjalnym śledztwie nie ma ani słowa? To stawia ponownie wiele pytań, dlatego apeluję, aby rządy trzech państw, niezwłocznie zajęły się tą sprawą, wyjątkowo poważnie i aby przedstawiły faktyczne przyczyny tej tragedii. Domagam się również wyjaśnienia dlaczego przedstawione w filmie zdjęcia do tej pory nie zostały ujawnione. Oczekuje, że nowe śledztwo w tej sprawie, będzie w pełni niezależne, mówił podczas konferencji prasowej Kent Härstedt jeden ze 137 osób, które przeżyły katastrofę promu.

Margus Kurm, były prokurator krajowy Estonii, który z ramienia tego kraju uczestniczył w oficjalnym śledztwie prowadzonym do 1997 roku, i już wtedy mocno krytykował końcowy raport komisji, wykazując jego braki. Dziś twierdzi, że przyczyną zatonięcia promu, było zderzenie ze szwedzkim okrętem podwodnym. Ujawniona wyrwa w kadłubie statku, może być dowodem na to, że Estonia tak szybko poszła na dno. Zaledwie po niecałej godzinie od wdarcia się wody na pokład.

Według Kurma pojawienie się nowych faktów w sprawie wskazuje, że to rząd Szwecji przez lata ukrywał prawdziwe przyczyny zatonięcia promu i śmierci setek niewinnych ludzi. Również ówczesny minister obrony Estonii Enn Tupp, w wypowiedzi dla fińskiej agencji informacyjnej YLE, przychyla się do wersji o zderzeniu się statku ze szwedzkim okrętem podwodnym.

Bezspornym i potwierdzonym faktem przez szwedzkich dziennikarzy jest, że promem Estonia szwedzkie służby specjalne, przemycały prawdopodobnie dla Amerykanów, sowieckie technologie wojskowe. Tajna operacja mogła być ze strony konserwatywnego premiera Carla Blidta sygnałem dla ówczesnej amerykańskiej administracji, że Szwecja gotowa jest na bliższą współpracę z USA oraz NATO. Chęć jej ukrycia przed Rosją, była na rękę wybranemu na kilka tygodni przed katastrofą Ingvara Carlssona na szefa nowego socjaldemokratycznemu rządu i mogła być bardzo silna. Jednak czy możliwa do zrealizowania?

Telewizyjny dokument o katastrofie promu był również przedmiotem rozmów premierów Szwecji oraz Estonii podczas specjalnej wizyty tego ostatniego w Sztokholmie w ubiegłym tygodniu. Rząd Estonii dość mocno naciska obecnie na Szwedów, aby Ci niezwłocznie podjęli decyzję o powołaniu nowej komisji do zbadania przyczyn tej największej w historii tragedii na Bałtyku. Rząd Szwecji jest ciągle dość ostrożny, ale nie wyklucza, że na podstawie prawa międzynarodowego i potwierdzeniu przez ekspertów autentyczności materiału filmowego, wznowi wspólne śledztwo.

Więcej na temat niewyjaśnionych do tej pory wątków tej katastrofy pisałem rok temu:
https://radioszczecin.pl/364,81,prom-estonia-po-25-latach-wciaz-wiecej-pytan-niz

1234567