Machina Czasu
Radio SzczecinRadio Szczecin » Machina Czasu » Ludzie i miejsca
Alina Głowacka
Alina Głowacka
Poprosiłam Alicję Maciejowską, wielką przyjaciółkę zmarłej niedawno Aliny Głowackiej - naszej znakomitej dziennikarki, reportażystki i szefowej - o napisanie o Niej kilku słów. Dziś je otrzymałam. Bardzo dziękuję.
Lektura obowiązkowa...


"Alina z Głowackich Mąkoszowa"

Patrzyłem w okno, świecił księżyc
Smutno kiwały się begonie.
Jak łatwo serce nadwyrężyć,
I ciągle myśleć, myśleć o niej.

Dzieckiem niemalże w moje progi
Przywiózł Ją Bubi swą taksówką,
Piękna i wiotka; cóż za nogi !
Przytaknij swoją brzydką główką.

Ze mną tańczyła w fiołkowej sukni,
Nawet Pietkiewicz Jej nie urzekł.
Stuknij me serce, w łeb mnie stuknij
Nadwyrężyły mnie te burze.

A serce wali, wali młotem,
Ach , Ty diablico moja miła!
Ciągle mówiła potem, potem,
A potem z mężem mnie zdradziła.

Tak o Alinie pisał poeta Józef Bursewicz, nasz dawny kolega redakcyjny.
Alina Głowacka, moja najlepsza Przyjaciółka, odeszła 12 lutego 2014 r.
Zastanawiałam się, jakie jest moje najbardziej wyraziste wspomnienie związane z Aliną? Jest to równocześnie jedno z najpiękniejszych wspomnień mego życia. 15 stycznia 1982 r. 0d świtu trwa pełna grozy podróż więzienną „suką” z Olszynki Grochowskiej, dotychczasowego miejsca internowania, w nieznane. Przewidywany, a nawet sugerowany przez strażników, jest wariant najgorszy czyli wywózka na wschód… Przed samą granicą tajemniczy postój w luksusowym ośrodku wypoczynkowym w Gołdapi. Wyładowują z „suk” kilkadziesiąt kobiet, każą rozlokować się po pokojach. Wzbudza to coraz większy niepokój, węszymy podstęp.
I nagle, z góry klatki schodowej, znajomy głos woła „Aluśku”!
Halucynacje? Zwidy? Zwariowałam? Nie – scena jak z filmu: po schodach stąpa roześmiana Alina z kwiatami…Radość nie do opisania! Okazało się, że od chwili przyjazdu usiłowała wybadać, czy ktoś nie wie, co się ze mną dzieje. Dowiedziała się wreszcie od Haliny Mikołajskiej, wcześniej zabranej z naszej celi w Olszynce, że tego dnia wieczorem nas przywiozą.
A tak te chwile wspominała Alina w jednym z listów: „Przypominam Ci, że mija 23 rocznica naszego spotkania w Gołdapi – moja Ty kryminalistko. Pamiętasz jak Cię powitałam kwiatami na wieść, że niejaka Maciejowska z Warszawy będzie z nami siedziała? Jak na jedno życie nie możemy narzekać na niedobór wrażeń.”
Skąd się wzięło zawołanie „Aluśku”? Od dłuższego czasu tak do siebie mówiłyśmy, a zaczęło się z przekory, bo tak do każdej z nas zwracał się pewien bardzo nie lubiany zastępca Red. Naczelnego Rozgłośni, kiedy fałszywie starał się być wyjątkowo miły, darząc nas akurat taką samą sympatią, jak my jego.
Aby przypomnieć sobie dokładniej ostatnie lata życia Aliny, postanowiłam przejrzeć w komputerze naszą korespondencję od roku 1998, kiedy Alina, listem do mnie, dokonała inauguracji świeżo zainstalowanej poczty mailowej, aż do momentu, kiedy kontakt urywa się w roku 2005.
Pewnego razu, po nadaniu jakiejś szczególnie udanej audycji po czyjejś śmierci, Alina tak rozładowywała nastrój żartując w jednym z listów: „ A może będziemy przyjmować odpłatne zlecenia na audycje pośmiertne? Tobie zleciłabym audycję o sobie.” Ja odpisałam, że wzajemnie i zaczęłyśmy zastanawiać się komu zlecić wspominki o nas, jeżeli zejdziemy razem? Razem się nie udało, więc oto wypełniam wcześniejsze zamówienie…
Początek naszej znajomości to rok 1957 r. kiedy przyjechałam do Szczecina i rozpoczęłam pracę w Rozgłośni, ale przyjaźń to ostatnich 50 lat.
Nie pamiętam pierwszej wspólnej audycji, niektóre późniejsze także wywietrzały z głowy – w końcu wyprodukowałyśmy ich setki. Pamiętam natomiast pracę nad nimi a zwłaszcza atmosferę, w jakiej się to odbywało. Jeśli jednej z nas zaświtał temat, czy zrodził się pomysł na reportaż lub program radiowy, natychmiast zaczynałyśmy go rozwijać i rozbudowywać. Po pewnym czasie współpracy i przyjaźni porozumiewałyśmy się własnym językiem, niemal szyfrem. Rozumiałyśmy się w pół słowa, wystarczało spojrzenie, uśmiech, grymas. W trakcie nagrań bawiło nas, że gdy jedna pomyślała jakie zadać pytanie, druga w tym momencie je zadawała. Po 14 latach, kiedy wyjechałam ze Szczecina (paromiesięcznych pożegnań lepiej nie opisywać, dobrze, że nie wpadłyśmy w alkoholizm…), ale nie mogłyśmy żyć bez kontynuowania współpracy, doszłyśmy do takiej wprawy, że montaż odbywał się na odległość, każda robiła to u siebie. Nagrywałyśmy też często samodzielnie w różnych stronach kraju a spotykałyśmy się dopiero na konstrukcję wersji ostatecznej i końcowe skróty. Nie miałyśmy obaw, że czegoś nie nagramy, że wyrzucimy coś potrzebnego, na czym drugiej szczególnie by zależało. Oczywiście nie układało się zawsze tak idealnie, dochodziło nieraz do kłótni, nawet ostrych, ale było to jakby na marginesie naszej przyjaźni.
Przyznać trzeba, że usposobienia miałyśmy różne. Alina była bardziej dynamiczna, pełna humoru, niezwykle towarzyska, niespożyta w zabawie, tańcu, tryskała porażającą energią. Może podam taki drobny przykład z okresu, gdy była już na emeryturze i przygotowywała program na którąś rocznicę polskiego Szczecina. Wybierała się na dwa dni do Warszawy i w tym czasie postanowiła nagrać kilku zaprzyjaźnionych dawnych szczecinian. Oto zaplanowany rozkład zajęć: najpierw wizyta w Ministerstwie Kultury i Sztuki, gdzie miała zostać uhonorowana Odznaką Zasłużonego Działacza Kultury potem umówiła się na nagrania z Marią Chwalibóg, Włodzimierzem Bednarskim, Andrzejem Kopiczyńskim i Zofią Burską. Nie omieszkała prosić o umówienie Jej na kilka spotkań towarzyskich i dopisała w liście: „ a po drodze jakoś nagram Ciebie”.
Potrafiła być bardzo krytyczna wobec otaczających Ją ludzi. Niebywale trzeźwo oceniała ich intencje, zwłaszcza jeżeli nie były zbyt czyste. Cechowała Ją niezwykła przenikliwość. Wydawała sądy o ludziach sprawiedliwie, choć nieraz i złośliwie.
Tak wiele nas łączyło, że nie mogło rozdzielić to co różniło – charakter, usposobienie, doświadczenie życiowe, sposób bycia czy sytuacja rodzinna. Łączyła nas głównie wspólna pasja. Po prostu chyba lubiłyśmy ponad wszystko to czym przyszło nam się zajmować. Czasem cudownie bawiłyśmy się naszą pracą np. kiedy budowałyśmy niemal kryminalną fabułę w reportażu „Sztuka dedukcji”, kiedy kpiłyśmy z zadufanych w sobie kolegów nagrywając audycję na jubileusz Rozgłośni albo, gdy w trakcie przygotowań do kolejnego programu z cyklu ”Bal kapitański” wymyślałyśmy i same wytwarzałyśmy smakowite potrawy, kiedy przynosiłyśmy z domu wykwintną zastawę i pasujące do dań alkohole, aby przyjęcie na „Balu” nie było fikcją medialną., ale stawało się, przynajmniej dla uczestników, jak najbardziej prawdziwe.
Po tylu latach, w trakcie przeglądania naszej korespondencji doznałam wielu zaskoczeń. Nie przypuszczałam, że pisywałyśmy do siebie tak często. Okazuje się, że po 4-5-6 listów dziennie. Informowałyśmy się nie tylko o ważnych, ale i najbardziej błahych wydarzeniach w naszym życiu. Dzieliłyśmy się każdym zmartwieniem i każdą radością. Oburzenie wzbudzała parogodzinna przerwa w korespondencji czy brak odpowiedzi.
W listach rodziły się pomysły na kolejne audycje, a w lutym 2001 r. przy omawianiu rozbudowanej wersji dokumentu o Zygmuncie Szendzielarzu ps. „Łupaszka” Alina rzuciła myśl o książce, na którą miały się złożyć reportaże wspólne i indywidualne. Odtąd koncepcja książki rozwijała się w listach, rozmowach, w czasie spotkań, aż książka „Pisane mikrofonem” ukazała się w druku w 2004 roku.
Alina odeszła na zawsze niedawno, ale droga odchodzenia była powolna, długa i bardzo przygnębiająca. Wgłębiając się w naszą starą korespondencję i pobudzając pamięć, wydaje mi się, że potrafiłabym bezbłędnie rozpoznać pierwsze objawy i odtworzyć dalsze etapy tej strasznej, tak degradującej człowieka choroby, która przytrafiła się mojej Przyjaciółce. Jednak nie chcę! Wolę zapamiętać Alinę dawną, zdrową – utalentowaną, znakomitą dziennikarkę, wartościowego człowieka, Alinę mądrą, błyskotliwą, pełną życia, energii, humoru, zrozumienia i życzliwości dla bliźnich.
Kiedy, po złamaniu nogi i zdiagnozowaniu choroby Alzheimera, troskliwa siostra zabrała Alinę do Koszalina, Jej obsesją stał się powrót do Szczecina, za którym beznadziejnie tęskniła. Ostatni list Aliny do mnie jest symboliczny. Nawiązuje do szkolnego wypracowania mojej córki. Dziewięcioletnia wówczas Agnieszka została przymuszona przez rodziców do przeprowadzki do Koszalina i wyraziła swoją tęsknotę za Szczecinem w wypracowaniu pt. „Moje miasto” pisząc: „Najpiękniejsza jest wiosna w wojewódzkim mieście Szczecinie”…
Alina w ostatnim liście z 31.VIII. 05 r. komunikuje: „ Jadę jutro do Szczecina. Tam, gdzie bywa najpiękniejsza wiosna… Spróbuję załatwić sobie jakieś mieszkanie”.
Moje dziecko wróciło na kilka lat do Szczecina. Plany i marzenia mojej Przyjaciółki nie mogły się spełnić… Żegnaj Aluśku.

Warszawa, 30.03.2014

Alicja Maciejowska to znakomita reportażystka, wielka osobowość radiowa, przyjaciółka Aliny Głowackiej - razem stworzyły setki niezapomnianych audycji i reportaży. Pracowała w Radiu Szczecin od 1957 roku, a po 14 latach w Polskim Radiu w Warszawie.

Audycja i film o Alinie Głowackiej - http://radioszczecin.pl/245,273,16022014-alina-glowacka-czyli-blues-ktorego-gral