Giermasz
Radio SzczecinRadio Szczecin » Giermasz
Wśród wielu fanów gier RPG, tych klasycznych, izometrycznych produkcji z przełomu XX wieku Arcanum: Of Steamworks and Magick Obscura (z polskim tytułem Przypowieść o maszynach i magyi bo i gra była wydana na premierę w naszej wersji językowej) - ten tytuł zasłużył na miano "kultowego".

Dlaczego? Bo w wielu aspektach gra była wyjątkowa. Począwszy od wręcz oszałamiających możliwości dotyczących rozwijania naszej postaci - a skończywszy na świetnie z tym systemem korespondującym światem przedstawionym w Arcanum. Uniwersum, gdzie do świata magii wkracza... rewolucja przemysłowa. Orki i samoloty, elfowie i zeppeliny, magowie i parowe pociągi - klimat gry jest doprawdy nietuzinkowy.

Twoja przygoda rozpoczyna się gdzieś w przestworzach. Zaatakowany, zeppelin spada w płomieniach. Udaje ci się przeżyć, umierający gnom przekazuje Tobie pierścień, musisz odnaleźć tego, komu jest przeznaczony. Co ciekawe, elfie przepowiednie mówią o tych wydarzeniach. A Twoja postać może okazać się kimś znacznie ważniejszym niż by się wydawało.

Przygoda w Arcanum: Przypowieść o maszynach i magyi była bardzo długa i rozbudowana. Dająca mnóstwo możliwości w otwartym świecie. Choć - nawet jak na ówczesne standardy graficzne, oprawą ta produkcja nie powalała. Ale, gdy udało się w nią "wkręcić", niedostatki scenografii dało się przeboleć. Muzyka za to do dzisiaj jest świetna.

Arcanum: Przypowieść o maszynach i magyi jest dostępne w sklepach, dostosowane do współczesnych systemów. Kosztuje grosze. Może to i trochę nieoszlifowany diament, ale jeżeli lubisz gry-opowieści, nawet dzisiaj naprawdę warto dać Arcanum szansę.

Indiana Jones and The Last Crusade
Indiana Jones and The Last Crusade
Naziści szukają Świętego Graala. Legendarne naczynie, z którego Jezus Chrystus pił w czasie Ostatniej Wieczerzy i do którego zebrano jego krew po śmierci na krzyżu - ten artefakt ma dawać wielką moc. Ale dzielny archeolog Indiana Jones, po raz kolejny krzyżuje (nomen omen) plany wrednych Niemców. Przy okazji przeżywając mnóstwo niesamowitych przygód.

Tak - w wielkim skrócie - przedstawia się fabuła kultowego już filmu z Harrisonem Fordem i Seanem Connery w rolach głównych. Czy kino "Nowej przygody" można przełożyć na język gier komputerowych? Cóż, losy przeróżnych "egranizacji" bywały różne, ale twórcom przygodówki point'n'click z 1989 roku udało się to naprawdę dobrze.

W tamtych czasach gracze mogli tylko pomarzyć o takiej realizacji, jak - przykładowo - obecna seria Uncharted. Czyli dużo strzelania, zręcznościowa akcja... no nie, tego Indiana Jones and The Last Crusade nie ma. Wtedy największe "fajerwerki graficzne" oferowały właśnie point'n'clicki. Rozgrywka polegała na eksplorowaniu (myszą), pięknie, ręcznie rysowanych (acz piskelowych) lokacji, trzeba było szukać potrzebnych przedmiotów czy rozmawiać z napotkanymi postaciami, zdarzyły się proste sekwencje zręcznościowe.

Chociaż, również w 1989 roku wyszła platformówka o tym samym tytule - ale, powiedzmy to wprost, była słaba. Za to w konwencji point'n'click trzy lata później (1992 r.) debiutowało doskonałe Indiana Jones and The Fate of Atlantis (nie powiązane z filmami). Tę świetną grę kiedyś też opisaliśmy w dziale Stare, ale jare.


The Legend of Zelda: Ocarina of Time
The Legend of Zelda: Ocarina of Time
Gdy wpiszecie w wyszukiwarkę internetową frazę "The Legend of Zelda: Ocarina of Time najlepszą grą w historii", bez problemu znajdzicie sporo tekstów. Traktujących między innymi o tym, jak przełomową technicznie była w momencie wydania w 1998 roku. Trójwymiar, otwarty świat - wielu fachowców zgadza się, że to opisywana produkcja wytyczyła szlak dla tytułów wydawanych nawet dzisiaj.

Ale - w końcu mamy rok 2021 - więc mogłoby się wydawać, że taki "staroć" nie ma szans ze współczesnymi produkcjami... Cóż, być może się domyślacie, że to przewrotne stwierdzenie, bo genialność tej gry polega również na tym, że jest świetna także i dzisiaj. Co prawda, potrzebujecie do tego konsoli Nintendo 3DS, w której najlepiej włączyć trójwymiar na górnym ekranie. Zapewniamy, że mimo oczywistej archaiczności grafiki, jako całość produkcja znakomicie się broni.

Bo jest, po prostu, niezwykle pomysłowo zaprojektowana. Fani serii o księżniczce Zeldzie, wiedzą o co chodzi: mimo różnych odsłon, w często odmiennych stylistykach, główne założenie się nie zmienia. Czekają Was więc kolejne lokacje-lochy, w których trzeba rozwiązać różne zagadki logiczne, właściwie użyć posiadane przedmioty - co samo w sobie potrafi być łamigówką do rozwiązania. A "za rączkę" twórcy gracza nie prowadzą.

Zabawne - tu uwaga do osób nie znających serii - że główną bohaterką wcale nie jest Zelda, a ubrany w zielony kubraczek chłopak, Link, który ratuje pakującą się w tarapaty księżniczkę. Przy okazji, oczywiście, obydwoje ocalą świat. Gier z tej serii jest sporo, znajdziecie też duże artykuły dotyczące chociażby chronologii wydarzeń - tu mowa i o prequelach, sequelach... Dość powiedzieć, że The Legend of Zelda: Ocarina of Time ma trzy różne zakończenia - i każde otwiera inną linię czasową, erę dziecięcą, dorosłą w których mamy po kilka gier wydawanych w różnych latach.

Ale rozważania o dosyć pokrętnej chronologii najlepiej zostawić fanom. I kto wie, może za chwilę do nich dołączysz? Oczywiście, na najnowszej konsoli Nintendo Switch mamy genialne Breath of the Wild, świetne Skyward Sword (remaster z konsoli Wii), Link's Awakening (to remake) - ale dajcie szansę Ocarina of Time na 3DS (na tej konsolce jest też znakomite Majora's Mask i kilka innych odsłon serii). To produkcje ponadczasowe, ze znakiem jakości Nintendo. A że ciągle bardzo grywalne, to i wręcz wykraczają poza ramy działu "Stare, ale jare"...


Track & Field
Track & Field
Igrzyska Olimpijskie już za rogiem, więc warto poświęcić im chwilę, bo są ważnym elementem w historii gier wideo. Pierwszą oficjalną grą multi-sportową było wydane na automatach w 1983 roku Track & Field. Gra miała licencję Letnich Igrzysk Olimpijskich 1984, które odbyły się w Los Angeles w Stanach Zjednoczonych.

Gracze rywalizowali w niej w serii konkurencji, ale de facto polegało to głównie na szybkim naprzemiennym naciskaniu dwóch przycisków. Dzięki temu zawodnik poruszał się szybciej, a palce gracza były rozgrzane do czerwoności. Trzeci przycisk był odpowiedzialny za akcję, która była wymagana w kilku konkurencjach.

W sumie było ich sześć - bieg na 100 metrów, 110 przez płotki, skok w wzwyż i dal oraz rzut oszczepem i młotem. Widok z boku pomagał w orientacji, choć i tak największą uwagę skupiało się na nawalaniu w przyciski - od tego zależała przecież szybkość zawodnika.

Track & Field okazało się wielkim sukcesem, a w samej Japonii do końca 1983 roku Konami sprzedało blisko 40 tysięcy automatów. Gra w formie portów ukazała się na wszystkim, na czym można było grać. Doczekała się też kilkunastu kontynuacji, a ostatnia odsłona wyszła na mobilkach w roku 2010.

Soul Edge
Soul Edge
W 1995 roku na automatach pojawiła się gra, która mocno wpłynęła na gatunek bijatyk. Była powiewem świeżości, a salony arcade były oblegane przez fanów okładania się bronią białą. Nosiła tytuł Soul Edge, a wyprodukowało ją niezawodne Namco.

Historia - tak, bijatyka jeden na jednego posiadała scenariusz - opowiadała o wojownikach poszukujących legendarnego tytułowego miecza, który dawał niespotykaną siłę. Udawało się to nielicznym, a ich przesłanki były skrajnie różne. Jedni chcieli czynić dobro, inni zawładnąć światem. I tyle w temacie.

Dostępnych było dziewięcioro wojowników, a każdy z nich władał inną bronią. Mitsurugi walczył kataną, Li Long machał nunczako, Sophitia miała miecz i tarczę, a potężny Rock bojowy topór. Ciekawostka: z powodu zakazu posiadania nunczako w Wielkiej Brytanii, europejska wersja gry miała trzyczęściową pałkę.

Trójwymiarowa bijatyka wydana była przez producenta serii Tekken, więc o jakość nie trzeba było się martwić. Gracze od razu pokochali Soul Edge, które na naszym kontynencie nosiło nazwę Soul Blade. Wielką popularnością zyskał tez port na pierwszą konsolę PlayStation, gdzie było więcej postaci, nowe tryby gry, kostiumy, bronie czy tryb opowieści.

Gra przerodziła się w serię Soulcalibur, która doczekała się kilkunastu odsłon i spin-offów, pojawiła się praktycznie na wszystkich sprzętach, a jej sprzedaż wyniosła blisko 20 milionów kopii. Klasyk.

Bubble Bobble
Bubble Bobble
Wcielasz się w małego smoka i puszczając bańki powietrza łapiesz wrogów. Brzmi banalnie? W 1986 roku Bubble Bobble podbiło serca bywalców salonów gier, a produkcja Taito rozpoczęła swoją ekspansję na różne systemy.

Zręcznościowa platformówka oferowała zabawę także dla dwóch osób i w założeniach była banalnie prosta. Łapanie wrogich stworków i pozbywanie się ich, a wszystko w stu przygotowanych etapach. Co ciekawe, grę można było skończyć tylko grając z druga osobą.

Ratowanie swoich koleżanek z jaskini potworów było ograniczone czasowo, a gdy został on przekroczony, na planszy pojawiał się duch ścigający gracza. Gra co jakiś czas oferowała też ukryte poziomy, w których trzeba było zbierać owoce i bonusy.

Bubble Bobble stało się pełnoprawną serią, powstały też liczne spin-offy. Grą w puszczanie baniek smokami przez kilkadziesiąt lat mogli się cieszyć posiadacze m.in. NES-a, Game Boy'a, komputerów Amiga, PSP, Xboksów, Wii, ale także systemów mobilnych. Ostatnia odsłona Bubble Bobble 4 Friends trafiła na Switcha w 2019 roku.

Half-Life
Half-Life
Można się zastanawiać, co by było, gdyby tego dnia doktor Gordon Freeman nie spóźnił się do pracy? Czy eksperyment w ściśle tajnym laboratorium Black Mesa nie skończyłby się katastrofą i otwarciem drzwi do innego wymiaru, z którego wypełzły mordercze monstra?

Tego się pewnie już nie dowiemy - i bardzo dobrze, wszak samotna walka o przetrwanie w opanowanym przez potwory kompleksie, próba zamknięcia portalu do świata Xen, jest osią słynnej gry Half-Life z 1998 roku.

Pod koniec lat 90-tych strzelaniny z widoku pierwszej osoby nie miały wiele do zaoferowania w kwestii opowiadania wciągających historii. Half-Life był jedną z tych produkcji, dzięki którym się to zmieniło.

I chociaż bohater pozostał niemy, to jego słynny łom, specjalny kombinezon HEV, świetna jak na tamte czasy grafika - to wszystko weszło do kanonu i wyznaczyło Half-Life rolę jednej z przełomowych gier wszechczasów.

Choćby dlatego, że oprócz kampanii dla jednego gracza, ta produkcja jest kamieniem milowym także dla rozgrywek po sieci i e-sportu. Wszak słynny Counter-Strike powstał jako modyfikacja Half-Life.

Po latach fani stworzyli nową wersję opisywanej gry, dostosowaną do wymagań współczesnych graczy. Black Mesa zebrało bardzo dobre recenzje.

Colin McRae Rally
Colin McRae Rally
"System kierowania pojazdem jest godny Oscara" - piał z zachwytu recenzent w 1998 roku. To już nawet nie była kwestia grafiki. Wtedy to nawet rozbryzgi wody i błota nie robiły wrażenia. Ba, nawet wytykano, że drzewa i roślinność to piksele a wręcz płaska tekstura.

Ale model jazdy "pozamiatał" konkurencją i w 1998 roku nie było chyba na rynku lepszego symulatora jazdy. Oczywiście mowa o rajdach samochodowych, pierwszej ze słynnej serii gier sygnowanej - i nazwanej mianem słynnego kierowcy czyli Colin McRae Rally.

Twórcy ze studia Codemasters - na marginesie, to była jedna z tych pierwszych gier, która pokazała skalę ich talentu - przygotowali zróżnicowane trasy na kilku kontynentach. W sumie aż (zachwycano się w dniu premiery) 48 odcinków specjalnych.

Co ciekawe, w 2005 roku zorganizowano zawody, mistrzostwa polski w Colin McRae Rally. Wygrał Robert Kubica... ale tu błędy popełnili organizatorzy, bo źle spisano wynik Roberta i pierwotnie zajął 5. miejsce. Gdy jednak pomyłka wyszła na jaw, kierowca awansował na 1. miejsce - i musiał się mierzyć z oskarżeniami o "oszustwo".

A "jedynka" Colin McRae Rally dała początek długiej serii, której bezpośrednimi kontynuatorami są produkcje pod szyldem DiRT. Te numerowane, bardziej zręcznościowe, fani symulatorów powinni wziąć pod uwagę podserię Rally, czyli obecnie DiRT Rally 2.0.

1942
1942
Lotniczo-morska Bitwa o Midway uznawana jest za punkt zwrotny konfliktu na Pacyfiku podczas II wojny światowej. I właśnie luźne nawiązanie do tych wydarzeń jest tematem przewodnim gry 1942, którą na automatach w roku 1984 wydał Capcom.

Był to typ strzelanki z lataniem po ekranie w pionie, gdzie przeciwnicy atakowali z góry, a gracz widział dach swojego myśliwca Lockheed P-38 Lightning. Mnóstwo samolotów wroga, lawirowanie pomiędzy pociskami, power-upy i specjalny manewr obrotu maszyny, który pozwalał uniknąć trafienia.

Celem strzelanki 1942 było dotarcie do Tokio i zniszczenie japońskiej floty powietrznej, ale tak naprawdę chodziło po prostu o uzyskanie jak najlepszego wyniku. W końcu to gra prosto z salonu arcade. Przeciwników było kilku na krzyż, podobnie z tłami, a mimo to produkcja osiągnęła sukces.

Gra trafiła na kilka mniej i bardziej znanych platform - od MSX-a, przez NES-a - gdzie sprzedało mi milion kopii, na popularnym w Polsce Commodore 64 kończąc. Był to początek serii 19XX, którą Capcom po latach wydawał także na różnego rodzaju składankach dostępnych na konsolach.

Panza Kick Boxing
Panza Kick Boxing
Niewiele sztuk walk miało swoje dedykowane gry, ale jedną z nich jest kick boxing. W roku 1990 mówiono o realizmie, ale bądźmy poważni, to była zręcznościówka pełną gębą. Kto zagrał w Panza Kick Boxing, zapamiętał tę grę na lata. Niestety, wielkiej kariery nie zrobiła.

Drogę ku sławie na ringu w pojedynkach 1 na 1 rozpoczynało się od ustalenia siły, wytrzymałości i kondycji zawodnika oraz wyboru zestawu ciosów z aż 55 dostępnych. Przed walkami można było trenować i podnosić parametry, ale trzeba było uważać. Porażka na ringu oznaczała ich obniżenie. Celem gry było zwycięstwo w turnieju mistrzów sztuk walki i zdobycie tytułu "The best of the best".

Wersja na konsolę Sega Mega Drive jest jedną z nielicznych, która oferuje obsługę kontrolera ruchu Sega Activator. Jest to leżące na podłodze urządzenie, dzięki któremu można było sterować ruchami własnego ciała. Niedokładne i drogie.

Pokazująca czysto techniczną stronę sztuki walki gra Panza Kick Boxing wyszła na PC, popularną w Polsce Amigę, SNES-a, czy nawet Game Boy'a. Ciekawostka, w Ameryce całkowicie zmieniono tytuł tej bijatyki i nie pada w nim słowo kick boxing tylko... karate.

1234567